Sereną pod chmury / Opowieści z drogi
Dobry biznes!
Pozwolę sobie jeszcze na słowo wiążące tamto popołudnie: otóż, doznałem wtedy najsilniejszych pozytywnych emocji, z jakimi miałem kiedykolwiek do czynienia, a te 28 euro były najlepiej wydanym groszem w moim życiu. Doliczyć do tego epizodu należy również wjazd (nazajutrz rano) na Grossglockner Gletscher Panorama, czyli punkt wysokościowy (2362 m n.p.m.) zlokalizowany naprzeciw lodowca Grossglocknera (3797 m n.p.m.), najwyższego szczytu Alp Wschodnich. Podjazd scenerią i stopniem trudności nie dorównywał tym poprzednim, jednak położenie - oko w oko z lodowcem - zapewniło niezapomniane przeżycia. No i ta infrastruktura turystyczna, łącznie z olbrzymim pięciopiętrowym parkingiem (dostępnym w ramach wcześniej wspomnianej już opłaty). To wszystko robiło wrażenie. Po tym pierwszym „zderzeniu ze ścianą”, kolejny dzień upłynął na „ujeżdżaniu” przemiłych włoskich przełęczy zawierających się w średnich wysokościach (2100 – 2300 m n.p.m.). Żadnych opłat, nakazów, zakazów, tylko cudowne relaksujące serpentyny, uśmiechnięci i wyluzowani ludzie, kampery biwakujące tu i ówdzie, parkingi z ławkami i śmietnikiem dla każdego za darmo - jednym słowem: wszystko dla turysty.


Więcej wrażeń?
Można z grubsza przyjąć, że jeśli ktoś pokonał Stelvio od wschodu, to na każdej alpejskiej serpentynie poradzi sobie bez kłopotów. Niemniej, do trudniejszych tras należy zaliczyć: Umbrail od Szwajcarii (wąsko: mijanki, ciasne zakręty; to tu zaliczyłem zderzenie lusterkami z egoistycznie jadącą szwajcarską terenówką), Lombarde od Włoch (podjazd wąski, długi, z ogromną liczbą ciasnych zakrętów), Spluga od Włoch (czegoś takiego to nigdzie nie ma – stromo, ciasno, ciemno, a zakręty bywają wykutymi w skale jaskiniami lub zawieszonymi balkonami). Na uwagę zasługuje też trasa Combe du Queyras - tuż przed zakończeniem swojego biegu w Guillestre we Francji. Spadków tu nie ma, bo droga idzie poziomo, ale jej przebieg nad kilkusetmetrową przepaścią, przejścia z półek w jaskinie i wgłębione, wykute w skale balkony - pozwolą zapamiętać tę trasę na dłużej niż jeden sezon.

Czas na królową
Za przełęczą Sella (2244 m n.p.m.) na jednym z kameralnych parkingów zdecydowaliśmy się na drugi alpejski nocleg, na wysokości nieco powyżej 2000 m n.p.m. - tym razem twarzą w twarz z potężną skalną, pionową ścianą. Tak dotrwaliśmy do trzeciego dnia zmotoryzowanej walki z Alpami, który pomimo doświadczeń z Hochtora i Edelweisspitza i tak zapowiadał się jak rzeź niewiniątek. Oto bowiem stanęliśmy u podnóża Stelvio (2760 m n.p.m.) - od wschodniej strony. Ta przełęcz (choć co do wysokości, to dopiero trzeci punkt w Europie, po La Bonette i Iseranie) zwana jest „Królową Alpejskich Przełęczy”. W internecie można spotkać przeciętne jakościowo, ale dobitnie przemawiające do wyobraźni zdjęcia tej drogi przez mękę. Jednak żadna, nawet najlepsza fotografia nie odda odczuć kierowcy, który tam się znalazł i tego żałuje. Nie może już zawrócić, więc z każdym zakrętem otrzymuje w promocji świeżą pulę nowiutkich, siwych włosów. Stelvio jest bowiem bodaj najbardziej spektakularnym, najtrudniejszym i najsławniejszym asfaltowym podjazdem w Alpach. Do tego - położenie drogi na gołym zboczu, co w otoczeniu pokrytych lodowcami masywów daje wspaniałe wrażenia estetyczne.


Pilot za oknem
Wierzchołek oferuje mnóstwo łatwych szlaków spacerowych na pobliskie trzytysięczniki. Natomiast dla tych mocnych wyłącznie silnikami swoich maszyn, jest i rozbudowana infrastruktura rozrywkowa. Podjazd na ostro zaczyna się już od samego dołu, jeszcze w śródziemnomorskim upale i gęstym lesie. To tam zmuszony zostałem do zejścia na jedynkę, bo auto na dwójce powiedziało „Nie!” To tam zakręty okazały się tak ciasne, że trzeba było się praktycznie zatrzymywać a kierownica blokowała się w maksymalnym skręcie. To tam właśnie przekonaliśmy się, co to znaczy robić zakręt z asekuracją (pasażer wychyla się przez okno, patrząc w górę i meldując czy coś jedzie i trzeba ścisnąć się na maksa, czy też droga wolna i można iść w zakręt szeroko i swobodnie). A natężenie ruchu było wprost niespotykane. Każde zaś zwolnienie za jadącym w tempie spacerującej mrówki rowerzystą skutkowało skokiem wskazówki temperatury cieczy chłodzącej.

Dla ścisłości
Najwyżej położona droga asfaltowa w Europie znajduje się w Hiszpanii, w górach Sierra Nevada. Przebiega przez górę Pico de Veleta (3392 m n.p.m.). Asfalt położony jest tam powyżej 3000 m n.p.m., lecz trasa ta dla aut prywatnych jest zamknięta ze względu na park narodowy. Samemu można wjechać na 2500 m n.p.m., a potem do 3100 m n.p.m. wjeżdżają parkowe mikrobusy, ale to już nie to samo. Poza tą drogą istnieje wjazd we Włoszech na Punta Sommeiller 3009 m n.p.m., lecz jest to droga szutrowa, o wysokim stopniu trudności i raczej niedostępna dla standardowego auta szosowego. Jest znana i licznie odwiedzana przez motocyklistów enduro oraz auta terenowe, lecz pewnie istnieje wiele innych mniej znanych dróg - równie wysoko położonych i ciekawych. Sam miałem okazję obserwować takie odjazdy w górę z przełęczy Stelvio 2760 m n.p.m. Jednak uczciwie przyznajmy: to już nie są drogi ani dla każdego kierowcy, ani tym bardziej dla każdego pojazdu. Zatem najwyższą asfaltową drogą ogólnodostępną w Europie jest przejazd przez górę La Bonette 2802 m n.p.m. we Francji - i tę to trasę każdy pozbawiony  kompleksów kierowca może pokonać. Celem wyprawy były też pozostałe najwyższe drogi alpejskie, czyli Iseran (Francja) 2770 m n.p.m., Stelvio (Włochy) 2760 m n.p.m., Agnel (Francja) 2744 m n.p.m. A także nieco niższy, ale równie spektakularny austriacki Edelweisspitze 2571 m n.p.m., z nawierzchnią z kostki brukowej. W sumie -  zaplanowaliśmy przejazdy przez prawie 40 wybranych punktów wysokościowych przewyższających magiczną barierę 2000 m n.p.m. Gwoli ścisłości, warto dodać, że w Alpach mamy jeszcze kilka takich miejsc, lecz zostawiliśmy je sobie na kiedy indziej. No i kilka takich tras znajdzie się też w Pirenejach. Generalnie jednak wykonaliśmy przejazd przez prawie wszystkie ponaddwutysięczne alpejskie szczyty i przełęcze, przez które wiedzie asfaltowa droga.

Na leżąco
W takim oto klimacie dotarliśmy do pierwszej platformy z dużym, zurbanizowanym parkingiem na wysokości 2188 m n.p.m. położonym mniej więcej na granicy roślin i skał. Roztaczał się z niego katastroficzny wręcz widok na dalszą część serpentyny, układającej się w ostry zygzak na prawie pionowym, gołym i skalistym zboczu. To było ostatnie odpowiednie miejsce, aby ktoś niepałający stuprocentowym przekonaniem, że na pewno chce to zrobić, zastanowił się nad swym losem i powiedział „dość”. Po czym - zawrócił w dół. I tak byśmy pewnie uczynili, ale przekonał nas tłum takich samych jak my, zwykłych ludzi w zwykłych autach, którzy jakimś cudem jednak to niewyobrażalne wyzwanie realizowali. Pojechaliśmy więc i zrobiliśmy to, co wydawało się nie do zrobienia.  Raz, mijając się na zakręcie ze sporym dostawczakiem, musiałem stanąć (no, generalnie, to w fotelu już raczej leżałem, takie było nachylenie) i pójść z ręcznego, ostro przypaliwszy sprzęgło. Nieopatrzne puszczenie auta nieco w dół skończyć się mogło... każdy wie jak... Do tego – przy zwolnieniu - w kilkanaście sekund tworzył się spory korek, bo wszyscy chcieli jechać, a nie stać. Jeden jednak szczegół pomaga kierowcom na Stelvio. Otóż są tam, przynajmniej na zakrętach, dość solidne murki, które zwiększają teoretyczne i subiektywne poczucie bezpieczeństwa. Baaardzo pomaga to na psychikę! Od strony formalnej: na Stelvio może wjechać każdy pojazd (kamper, ciężarówka, a nawet autobus), którego długość nie przekracza 10,5 m. Tak, bardzo w skrócie, wyglądają nasze wrażenia z pierwszych trzech dni na alpejskich serpentynach. Nie będę opisywać w tej relacji wszystkiego, bo coś przecież do odkrycia trzeba pozostawić pozostałym turystom.

Tekst i zdjęcia: Piotr Górski



 
 




Wyszukaj w portalu
 
 
Prezentacja
Hobby Wohnwagenwerk
Hobby Wohnwagenwerk
Prezentacja
Camping "Klif"
Camping "Klif"
 
 
Newsletter