
Oboje z Edytą uwielbiamy góry, lecz - ze względu na stan zdrowia - nie mogliśmy odbyć wyprawy pieszej, jak to niegdyś bywało. Poza tym, polskie góry znamy aż nadto dobrze, więc trzeba było poszerzyć zakres zainteresowań. Stąd właśnie zrodził się pomysł na górską turystykę samochodową.
Już od dwóch lat analizowałem mapy i strony internetowe w poszukiwaniu tras o niezwykłych walorach krajobrazowych. Pomimo centralnego położenia Alp w Europie, wiedza w Polsce o tych górach w innym kontekście niż narciarstwo jest znikoma i niepopularna. O dziwo, wszelkie sensowne informacje o alpejskich drogach można natomiast uzyskać od rowerzystów z tzw. Duszak Team - od nazwiska Dusza, które noszą bracia, fascynaci górskiej turystyki rowerowej. Kupiłem też przyzwoity atlas samochodowy Marco Polo 1:300 000. Zawiera liczne błędy, ale wystarczy do zaplanowania i przeprowadzenia każdej wycieczki po ogólnodostępnych drogach.
Szwajcarskie przełęcze...
... nie należą do najwyższych i najtrudniejszych, ale w lwiej części posiadają na górze mniejsze lub większe, naturalne czy też sztuczne, ale zawsze malownicze i urokliwe jeziorka. To w Szwajcarii, na Grimsel i Susten, dopadła nas mgła - gęsta i biała jak wata - w której spędziliśmy dobę jeżdżąc po serpentynach (nie widać przepaści, więc jedzie się na luzie). Dzięki temu legalnie przenocowaliśmy na Susten (2224 m n.p.m.), bo w normalnych warunkach postoje kamperem poza kempingiem są w Szwajcarii zabronione.

O, Sereno!
Sprzyjał nam fakt, iż jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami sędziwego, ponadczasowego, nieśmiertelnego i wyjątkowo funkcjonalnego samochodu, jakim jest Nissan Serena (rocznik 93, benzynowy silnik 2000 cm³), który będąc vanem niezbyt dużym, mógł jednak pomieścić wygodnie nas oboje ze wszystkimi potrzebnymi bagażami i zaopatrzeniem na ok. miesiąc jeżdżenia. Nasz pojazd daje możliwość rozłożenia wszystkich trzech rzędów siedzeń do poziomu - tak, że powstaje płaska powierzchnia do spania na kształt tapczanu. Mogliśmy zatem zaplanować romantyczne noclegi w sercu Alp na wysokościach szczytów naszych Tatr. Taka forma turystyki jest niezależna, najtańsza i dająca maksimum satysfakcji organizacyjnej, a także kontakt z przyrodą. Zaplanowaliśmy tę caravaningową wędrowną wyprawę z założeniem przejechania 4–8 tys. kilometrów w czasie 2–4 tygodni. Ogólnie rzecz ujmując: noclegi w aucie w najpiękniejszych miejscach Alp, wyżywienie we własnym zakresie z użyciem butli gazowej (3 kg, 2 palniki), czasem jakaś włoska pizza. Zabiegi higieniczne - na stacjach benzynowych lub w innych dogodnych miejscach (nawet jezioro czy rzeka, jako że przełom sierpnia i września to jeszcze lato). Kiedy znaleźliśmy się u stóp Alp, na podjeździe do pierwszej poważnej przełęczy Hochtor (2504 m n.p.m.) wraz ze spektakularnym Edelweisspitze (2571 m.n.p.m.) i Grossglockner Gletscher Panorama – spotkało nas dość bolesne zderzenie z rzeczywistością. Na bramce wjazdowej na tę właśnie drogę przyszło nam zostawić aż 28 euro. Zastanawialiśmy się, co będzie, gdy każdy taki wjazd okaże się aż tak drogi... No, ale póki co: jedynka, dwójka i naprzód, pod górę!
Ostra jazda...
... zaczęła się szybciej, niż się spodziewałem. Nie miałem wcześniej jako kierowca do czynienia z takimi drogami, przeżyłem więc coś, co trudno wyrazić słowami: Auto nie chce iść nawet na dwójce, silnik trzeba kręcić do ponad 3000obr./min, żeby się w ogóle jakoś toczyło - taki stromy podjazd. Zakręty takie ciasne, że nie wiem jak to możliwe, że ja sam się mieszczę. A co dopiero minąć się tu z kimś! No i najgorsze: z bocznego okna widać tylko ogromną przestrzeń i nic więcej. Mały błąd przy kierownicy kończy się po prostu przedwczesną wizytą na dole. W kawałkach...Kierownica w moich rękach była jak zalana betonem, cały się spociłem; nie można było już zawrócić ani się zatrzymać (bo już nie ruszymy i ktoś rozpędzony w każdej chwili może wbić się nam w kufer). Po prostu, obrazowo rzecz ujmując, to o mało się nie zes... ze strachu. Tak bym w skrócie podsumował ten mój pierwszy w życiu prawdziwy konkretny podjazd wysokogórski.

Francuskie podjazdy ..... La Bonette i Iseran są łatwiejsze technicznie. Droga szersza, nachylenia mniejsze, zakręty łagodniejsze. Oraz mniejszy ruch, bo kampery i pojazdy powyżej 3,5 tony nie mają prawa tam się znaleźć (przynajmniej na La Bonette). Francuskie podjazdy często jednak pozbawione są jakichkolwiek barierek ochronnych, a murki - to raczej pozostają w sferze marzeń. Przydatne jest więc obycie z widokiem przepaści i chłodny stosunek do niekończącej się przestrzeni.
Ale daliśmy radę i dojechaliśmy do rozwidlenia, gdzieś na 2450 m n.p.m., gdzie było płasko, spokojnie i rozpościerał się duży parking. Zatrzymaliśmy się. Aby ochłonąć, bo do końca trasy było jeszcze bardzo daleko. Z parkingu dojrzeliśmy sporą górę; była blisko i miała na sobie jeszcze ostrzejszą i węższą serpentynę. No i nie asfaltową, lecz z kostki brukowej. Pomyślałem zrazu, że to jakaś droga techniczna - był tam nawet szlaban. Ale jednak jakoś czasem jeździły tam auta wyglądające zupełnie zwyczajnie. Szlaban zaś był otwarty. Zaintrygowało mnie to i spytałem stojących obok starszych państwa motocyklistów, co to takiego. Odpowiedzieli, że mam sobie wjechać, gdyż tam się normalnie wjeżdża i nie jest tak strasznie, bo za 2 minuty będę już na górze. Nie dowierzałem. Miewam czasem pewne skłonności do ryzyka, ale życie ogólnie jest mi drogie - zacząłem się więc zastanawiać, czy aby nie zrezygnować. Jednak rzut okiem na coraz to nowe jeżdżące tam auta oraz wszystkie za i przeciw zebrane do kupy (na której znalazły się też owe skasowane 28 euro) sprawiły, że decyzja zapadła. Jedziemy! I pojechaliśmy. Było tak jak wcześniej, tylko o dwie klasy trudniej. Oczywiście, i w górę, i w dół dało się wyłącznie na jedynce, a i tak w drodze na dół auto niemiłosiernie rozpędzało się. Na górze postarałem się być jak najkrócej, gdyż perspektywa być może jeszcze trudniejszego zjazdu nie dawała mi spokoju; wolałem mieć to za sobą jak najszybciej.
Sen pod gwiazdami
Ta góra to był Edelweisspitze, 2571 m n.p.m. Przeżyliśmy jednak jakoś ten pierwszy raz (akurat tak się złożyło, że jeden z trudniejszych w Alpach) i nie przekraczając jeszcze przełęczy Hochtor, po pokonaniu solidnego tunelu, znaleźliśmy na wysokości ok. 2400 m n.p.m. niewielki, osłonięty skałami parking z ławą. Uznaliśmy, że to będzie przepiękne miejsce na pierwszy nocleg. Było około godziny 19 i zostało jeszcze dużo czasu na rozmyślania. Oraz zdjęcia, ciepły posiłek, no i wszystko inne. W przeciwieństwie do większości innych miejsc na trasie - nie wiało a niebo było niewiarygodnie gwiaździste. Mgiełki na szczytach urocze, wschód słońca niezapomniany a i brązowe owieczki chodzące po prawie pionowych skałach miały swój urok.